„NIETOŻSAMOŚĆ”
Śmierć radnego. Zaginiona dziewczyna sprzed lat. Dawid zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, które podważą wszystko, co wiedział o sobie. A to dopiero początek.
Thriller psychologiczny osadzony w mrocznych zakamarkach Szczecina, w którym prawda jest pierwszą zdradą.
Co kryje ta historia?
Szczecin. Miasto, które Dawid Mazur, samotny serwisant kas fiskalnych i malarz amator, widzi w odcieniach szarości. Jego rutynę przerywa tajemnicza kobieta, która wręcza mu kartkę z przepowiednią morderstwa. Wkrótce Dawid odkrywa, że granica między płótnem a rzeczywistością pękła: jego obrazy przedstawiają miejsca i zdarzenia, o których nie ma prawa wiedzieć. Ścigany przez luki we własnej pamięci i tropiąc ślady niewyjaśnionej zbrodni, Dawid musi zmierzyć się z przeszłością, której ciężar okaże się równie niebezpieczny co działanie wrogów. Kiedy dziewczynka z jego najbardziej niepokojącego portretu znika, Dawid wkracza na ścieżkę, z której nie ma już powrotu.
Prolog
Zimno było pierwszym, co poczuła.
Nie to zimno z zewnątrz — deszczu, wiatru, mokrego bruku. To było zimno od środka, jakby ktoś wlał jej w żyły wodę ze studni, która nigdy nie widziała słońca.
Otworzyła oczy. Ciemność nie ustąpiła.
Leżała na betonie. Nadgarstki piekły od sznura, ale węzeł był luźny. Zbyt luźny. To była zachęta.
Gdzieś nad głową — kroki. Ciężkie, pewne, odmierzające czas jak wahadło zegara, który odmierza ostatnie minuty.
Potem głos. Spokojny, kontrolowany, taki sam jak podczas zebrań, kiedy mówił o „potencjale” i „możliwościach”. Zawsze z uśmiechem, który nie docierał do oczu.
— Masz jeszcze czas się zastanowić. Nikt cię nie skrzywdzi. Chcemy, tylko żebyś zrozumiała.
Kłamstwo, pomyślała. Każde słowo kłamstwo.
Rozplątała ręce. Skóra pokaleczona sznurem — cienki pasek czerwieni na białym nadgarstku. Nie poczuła bólu. Adrenalina zamieniła ciało w maszynę, która miała tylko jeden cel: przetrwać.
Drzwi były metalowe, zardzewiałe, ale klamka ustąpiła z cichym jękiem. Za nimi korytarz — niski, zwarty, z sufitem, który opadał stopniowo, jakby budynek chciał ją połknąć. Pod stopami piach wymieszany z resztkami czegoś, co kiedyś było izolacją. Zapach zmieniał się z każdym krokiem — z betonu na coś bardziej ziemistego, organicznego, żywego i martwego jednocześnie.
Schody prowadzące w górę były po prawej. Wiedziała, że tam na nią czekają.
Wybrała lewo. W dół.
Biegła.
Korytarz skręcał, opadał, zwężał się jak przełyk. Mijała ślady starych mocowań na ścianach — puste haki, zardzewiałe rury wychodzące z betonu jak żyły przeciętego ciała. Gdzieś kiedyś była tu instalacja, coś technicznego, coś, co miało sens. Teraz został tylko labirynt dla szczurów.
Za sobą usłyszała uderzenie metalu o framugę drzwi.
I kroki. Szybsze niż przedtem.
To nie ma sensu.
Głos był bliżej. Odbijał się od ścian, mnożył, jakby korytarz sam go powtarzał.
— Wiesz, że nie ma dokąd uciec.
Nie. To nieprawda. Zawsze jest dokąd uciec.
Dotarła do zawalonego odcinka — betonowe gruzy, wąski przesmyk między ścianą a odpadem. Przecisnęła się bokiem, kamień zdarł skórę na ramieniu, ale nie zatrzymała się. Po drugiej stronie korytarz rozszerzył się na moment, jakby budynek brał oddech przed ostatnim słowem.
Ślepa uliczka.
Komora. Niska, z ceglanym sklepieniem, wywietrznikiem w suficie, zakratowanym, zamurowanym od lat. Metalowe wsporniki wzdłuż ścian, pokryte rdzą jak strupami. Nie było drugiego wyjścia. Tylko zardzewiała rura wychodząca z betonu w rogu i nisza techniczna przy ścianie, zbyt wąska.
Światło latarki przecięło ciemność korytarza za nią.
Sięgnęła do szyi. Chustka — jedwabna, z haftowanym monogramem. Dostała ją od niego, dawno temu, kiedy jeszcze wierzyła, że istnieją miejsca bezpieczne. Ściągnęła ją i wcisnęła w zagłębienie w niszy przy rurze.
Jeśli ktoś tu kiedyś trafi… niech wie, że tu byłam.
Sylwetka pojawiła się w otworze korytarza.
— Szkoda.
Głos był teraz zmęczony. Rozczarowany wynikiem eksperymentu.
— Naprawdę szkoda. Miałaś potencjał. Mogłaś być jedną z nas.
Cofnęła się. Plecy uderzyły o zimną cegłę. Kamień był szorstki, realny, jedyna pewna rzecz w tym miejscu.
— Wystarczyło powiedzieć „tak”. Tylko tyle. Współpraca. Zaufanie. To nie jest takie trudne.
Zrobił krok w jej stronę.
— A teraz…
Nie dokończył.
Uderzyła pierwsza. Nie w twarz — nie dosięgła. W wyciągniętą rękę, która miała ją chwycić. Paznokcie wbiły się w wierzch dłoni, głęboko, do krwi, ciągnąc przez skórę jak przez papier.
Usłyszała syk bólu. Krótki, ostry, zaskoczony.
— Suka!
Chwycił ją za ramię, szarpnął. Wyrwała się, odepchnęła, pobiegła ku korytarzowi — jedynej drodze, jedynej szansie.
Ale on był szybszy.
Złapał ją za włosy, pociągnął do tyłu. Świat zawirował. Upadła na kolana, podniosła się, kopnęła. Trafił ją w żebra — cios nie był mocny, ale wystarczył, żeby straciła równowagę.
Wyrwała się jeszcze raz. Ostatkiem sił. Pobiegła.
Korytarz był ciemny.
Nie widziała, gdzie stawia stopy. Nie widziała gruzu, przez który przed chwilą się przeciskała. Potknęła się. Ręce wyciągnięte do przodu, próbując złapać równowagę, złapać cokolwiek.
Nie zdążyła.
Upadła do przodu. Głowa uderzyła o krawędź czegoś bardzo twardego.
Dźwięk był głuchy. Mokry. Ostateczny.
Cisza.
Latarka oświetliła nieruchome ciało. Krew — ciemna, gęsta — rozlewała się na piachu i izolacji, wsiąkając w podłogę, która widziała już niejedną tajemnicę.
Przez długą chwilę stał bez ruchu. Patrzył.
To nie miało się tak skończyć. Nie lubił, gdy coś nie szło po jego myśli. Nie był do tego przyzwyczajony.
Przekleństwo, ciche, przez zaciśnięte zęby.
Wyciągnął telefon. Wybrał numer.
— Mamy problem.
Pauza. Słuchał. Głos po drugiej stronie był spokojny, rzeczowy, jak zawsze.
— Tak. Ten. Wypadek. Niech ktoś przyjedzie. I niech zabierze… sprzęt do sprzątania.
Rozejrzał się po komorze. Wzrok przesunął się po ścianach, po niszy przy rurze. Ale było ciemno, a on się spieszył. Nie zauważył chustki wetkniętej głęboko w szczelinę.
Odwrócił się. Odszedł. Kroki odbiły się echem od ścian i zamilkły
Opinie czytelników
Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam volupest, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet.
Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam volupest, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet.
Cześć !
Jestem Damian. Filozof z wykształcenia, informatyk z zawodu. Od lat związany ze Szczecinem, miastem, które stało się idealnym tłem dla mojego debiutu literackiego.
Pisarstwo pojawiło się w moim życiu w miejscu, które zajmowała muzyka. Cisza po narodzinach syna, laptop i pytanie o nową formę aktywności zaowocowały thrillerem „Nietożsamość”. To historia osadzona w Szczecinie, z bohaterami czerpiącymi inspirację z życia, choć celowo przerysowanymi. To mój debiut, ale kolejna historia już kiełkuje w głowie
Niezależnie od tego, dokąd zaprowadzi Was ta historia, pamiętajcie: życie zawsze pisze najlepsze, choć najbardziej nieprzewidywalne scenariusze. Dobrej lektury!
